Koniec roku anno 2009 w Krakowie stanął pod znakiem Czerni.
Finale in Black, impreza, którą uświetniły swą obecnością gwiazdy formatu największego - jak Satyricon czy Shining, miała miejsce 13 grudnia (sic!) w krakowskim klubie Studio. Jako supporty, bądź też: gwiazdy formatu znikomego, wystąpiły: znany zaledwie garstce Posthum i Dark Fortress.
Otwierające imprezę Posthum nie zrobiło przesadnej furory wśród publiki. Ot, wyszli, zagrali, nawet nie bardzo sie poruszali. Dla mnie osobiście Posthum to próba rekompensaty za odwołany występ nieporównywalnej Negury Bunget. Tym razem jednak (!) to nie organizator zawalił sprawę, jak to zwykle bywa w naszym polskim sosie, ale sama kapela. Z przyczyn wewnetrznych sporów, braku porozumienia między soba i ogranizatorem chyba też, odwołali swój udział. A szkoda - bo Negura idealnie pasowałaby do tego zestawu wnosząc nieco mistycyzmu i surowości Karpat.

Występ Dark Fortess, niestety, zmuszony byłem opuścić. Z jednego kawałka, który widziałem zapamiętałem wesoło pomalowanych panów, skóry i tego typu asortyment. Słowem - dobry black metal - jakiego chyba większość zgromadzonych tego dnia w Studio oczekiwała. Ludzie reagowali żywotnie, czyli jako support spełnili swą role.
Jako następny, a przedostatni wystąpił przez wielu oczekiwany (przez część nawet bardziej niż Satyricon) Shining. Wspomnieć należy, że primo - nie znam tej muzyki segundo - to był ich pierwszy występ, jaki miałem przyjemność oglądać. Zatem, zupełnie subiektywnym ishowym okiem, oceniam występ na 3 w skali szkolnej - monotonna, smętna muzyka (ale chyba taki powininen być depressive black, czyż nie?), problemy z prądem, przerwany występ i grecka miłość pokazywana na scenie. Mnie zniesmaczyło - choć wielu czekało na więcej. Nie było cięcia się, przypalania ani innych tego typu ekscesów. Choć, znów, tak chyba być powinno - jak w muzyce Shining - brudno i destruktywnie. Fani gatunku nie dostali tego co chcieli, pozostali - przeciwnie, z nawiązką. Muzycznie: pozytywnie.

Dłuższą chwilę przyszło Nam jednak czekać na rozbłysk gwiazdy tej nocy. Tuż po 22 na scenie, w towarzystwie miarowo wybijanego rytmu i oparach dymu pojawił się Satyricon. I ... od razu przeszli do rzeczy. Zagrany jako trzeci Now, Diabolical podnióśł temperaturę w klubie o dobre kilka stopni. Oto bowiem dane Nam było oglądać Satyricon - najwyższą światową półkę. Nie było niespodzianek i nie miało być - porządna porcja dobrego black'n'rollowego grania. Dominował, oczywiście, materiał z The Age of Nero oraz Now, Diabolical. Ale i fani starego dobrego blackowego grania znaleźli coś dla siebie ( Forhekset z ubóstwianej przez tłumy Nemesis Divina). Atmosferę, już gorącą podsyciły jedne ostatnie tego wieczoru utworów Die by my Hand oraz K.I.N.G. Zwłaszcza na pierwszym z wymienionych utworów widać wyraźnie było, jaką lekkość zachowuje Satyr na scenie. Świetny kontakt z publika (choć wiele nie mówił), zagrzewanie do zabawy ("are sleeping out there?") - słowem: lew sceniczny.

Po K.I.N.G nastąpiła krótka przedbisowa przerwa. Przed pierwszym bisem, którym było Fuel for Hatred, zespół został szybko wywołany gromkimi okrzykami Sa-ty-ri-con! Przed drugim... publika nie skandowała już nazwy kapeli. Nie, całą salę wypełniły okrzyki "Mother North"... Przyznam, że nieczęsto juz miewam gęsią skórkę na koncertach. Czy za sprawą zaawansowanego wieku ( :P ) czy też faktu, że niejedno już widziałem - nieważne. W tamtej chwili jednak czułem mrowienie na całym ciele. Gdy setki gardeł zaczęło nucić basowe oooo-ooo ooo ooooo, napięcie sięgnęło zenitu. To było jak oczekiwanie na nieuniknione. Coś, co miało dopiero nadejść, a co każdy chował gdzieś w swoim sercu.
Mother North.

Koncert świetny, ukoronowanie roku. Profesjonalne, dobre metalowe święto. Podziękowania równiez należą się organizatorom koncertu - KnockOut Productions - za to, że stanęli na wysokości zadania i nie skrzywdzili kapeli tego formatu klubem pokroju "Loch Ness". Jedyne, co czego można sie przyczepić, a co robię konsekwentnie - to pseudoochrona. Ale wiem też, że KnockOut nie ma wpływu na ochronę w danym lokalu, a tych w Krakowie nie ma prawie wcale.
I dodać jestem zmuszony, że śmieszą mnie nieco te wszystkie wypowiedzi - czy to zasłyszane na koncercie, czy też w shoutboxach na portalu jednym, drugim jak to ludzie są zawiedzeni, że Satyr wygla tak, nie inaczej. Że włosy na żel, a nie piekne blond po pas. Że nie tru norwegian blek metal, a jakieś nie wiadomo co.
Ludzie, proszę: dorośnijcie.
To, co cieszyło mnie szczególnie to fakt, że sami artyści wydawali się świetnie bawić, co zresztą potwierdzają słowa zaczerpnięte z bloga zespołu: "What humbleness we all felt after having being greeted the way we were in Krakow. It was really moving. We will never forget."
W dziale Galeria Zdjęć znajduje się relacja foto z w/w imprezy. Zapraszamy do oglądniecia!
Neither will I.
i.
|
Masters of Rock w Czechach, to festiwal, którego nikomu chyba już przedstawiać nie trzeba. Przez 6 lat zdołał ugruntować swoją silną pozycję na mapie festiwalowej Europy. Zwłaszcza, jeśli wziąć pod lupę heavy, power czy progressive metal.
Zimowa odsłona tej imprezy miała miejsce w Hali Novesta, w Zlinie, 28 listopada. Tego dnia z czeskiej gościnności mieli skorzystać klasycy gatunku jak Nazareth, Kreator, Njord - ale również goście specjalni, nieco spoza ram festiwalu: Leaves' Eyes, Sirenia, Atrocity, Elis i Stream of Passion. Każdy pewnie przyjechał do Zlina z pewnymi oczekiwaniami - albo zobaczyć występy Pięknych i Bestii albo dobregop heavymetalowego grania. Mnie osobiście skusiło to pierwsze (no i pivo... no i bramboraki ;) ).Europejska trasa Beauty and the Beast miała swój przystanek końcowy właśnie w Zlinie, na Winter Masters of Rock. Silny, tradycyjnie powerowy skład został ubogacony, raczej: ugłaskany nieco, przez anielskie wokale Sandry z Elis, Liv Kristine z Leaves Eyes czy Pilar z Sirenia. Na miejsce przybyłem nieco przed 14 (no przecież bedzie obsuwa... ), czyli godzine po otwarciu bram. Mylne okazało sie moje załozenie, zapomniałem, że Czesi, podobnie jak Niemcy festiwale robić potrafią. Cały program dopięty był na ostatni guzik, opóźnienia zaniedbywalnie niewielkie, no i potężna spożywcza infrastruktura - Pilzner co 20m, merchandise, a na zewnątrz hali - klobasy, bramboraki z syrem, parek w rochliku, świnka z grilla i jeszcze więcej piwa - słowem wszystko to, co metalowemu maratończykowi w taki dzień jest potrzebne! Z lekkim uśmiechem wspominam teraz nasze rodzime Metalmanie, gdzie z piwem trzeba obchodzić się w przejściu pod skrzyżowaniem przy Spodku czając się coby dzielni stróże prawa nie wlepili mandatu. Wiadomo - alkoholizm to jest choroba, jak spiewa artysta, wiec MMP nie bedzie przykładało ręki do rozpijania młodzieży na imprezie kulturalnej. No, ale wracając do meritum - czyli do muzyki. Elis zagrało conajwyżej poprawnie, nieco kwadratowo. Może komuś się podobało - a może staremu tetrykowi jak ja minęły czasy, kiedy skąpo odziana pani o wątpliwym moim zdaniem głosie wystarczała do dobrej zabawy koncertowej. Sam nie wiem kiedy zeszli ze sceny, którą to zajęli muzycy z Atrocity. Tutaj już nie byłem zawiedzony nawet na moment! Cały niemal repertuar kapeli pochodził z płyty Werk'80 - czyli stare dobre covery, jak Tainted Love, Shout czy otwierający koncert The Great Commandment Smaczku ( raczej pieprzu... ) dodawały dwie skąpo odziane ( raczej rozebrane ) panie. Nie powiem, prosty az skuteczny chwyt! Atrocity zgromadziło sporą publiczność - czy to za sprawą erotic show czy przebojów z lat .80 które niemal wszyscy znamy... nie dowiemy się już pewnie nigdy :).

Następna w kolejce była najbardziej oczekiwana przeze mnie Sirenia. Norwegowie zapewnili 50 min dobrej rozrywki, nie można im tego odmówić. Czasy At Sixes and Sevens dawno przeminęły, teraz materiał dominowało 13th Floor i Nine Destinies... niemniej jednak i Meridian można było usłyszeć! Dla mnie osobiście to najpiękniejszy moment tamtego wieczoru. Przy Meridian uświadomiłem sobie, ze pazur Sirenii, teraz nieco już ztępiony, wciąż tam jest. Niespodzianek nie było, kawał dobrego metalsymfonicznego grania. Leaves Eyes również nie zawiodło, zwłaszcza fanów gatunku. Pierwsze zaskoczenie - Ci sami muzycy, co w Atrocity nieco tylko bardziej odziani. No i Liv Kristine... charyzmatyczna o syrenim śpiewie potrafiła nadać lekkości temu festiwalowi.

O najwiekszych gwiazdach festiwalu: Nazareth i Kreator nie będę się wypowiadał z racjji braku znajomości tematu oraz, przede wszystkim, szybkim zwinięciem żagli i powrót do kraju ojczystego przed ich występami. Ogólnie festiwal oceniam na dobry, dla fanów tego rodzaju muzykowania - bardzo dobry. Imponowała sprawność organizacyjna, brak kretyńskich zakazów, miła ochrona i dobre żarcie. Słowem - dobra zabawa! A o to chyba w festiwalach chodzi, prawda?
Zapraszam do obejrzenia wszystkich zdjęć z festiwalu Winter Masters of Rock, znajdziecie je w galerii.
i.
Czy Osa dalej żądli?*
Jedni wiedzieli. Inni nie. I niestety tych drugich było zdecydowanie więcej.
Jeśli miałbym jednym zdaniem podsumować listopadowy koncert W.A.S.P., to brzmiałoby ono właśnie, jak to powyższe.
Pierwsze, co rzuciło się w oczy to naprawdę mała frekwencja, ale nie ma się w sumie czemu dziwić. Promocja w postaci czarno-białych plakatów nie została właściwie zauważona, do tego wcale nie było ich dużo. Na dokładkę nie było supportów a sam bilet kosztował 85 złotych. Wobec powyższego - tylko najwięksi fani mogli sobie pozwolić na przyjście (o ile stać ich było na dojazd do Krakowa - jeśli byli z innej części Polski). No i zapomniałbym - koncert wypadł w poniedziałek, raczej nieszczęśliwy dzień na takie imprezy.
Czy to dobrze, czy źle - rozsądźcie sami, na pewno dzięki takiej grupie osób zebranych - atmosfera należała do bardzo dobrych, wszyscy bawili się świetnie i z pewnością napędzali tym Blackiego.
Właśnie - gwiazda wieczoru, czyli Blackie Lawless. Tylko on pozostał na posterunku z pierwotnego składu, więc de facto mówiąc o W.A.S.P. - mówimy o nim.Muszę powiedzieć, że mimo upływu lat prezentuje się naprawdę bardzo dobrze, pełen wigoru i siły, wciąż umiejący zaśpiewać. Choćby dlatego warto na taki koncert pójść. Raził trochę fakt zestawienia z nim teledysków i fragmentów koncertów z lat '80 (i nie tylko). Mimo wszystko niemal 30 lat robi swoje i niestety - to widać. Jeśli chodzi o setlistę, nie było niespodzianek. Numery praktycznie nie zmieniają się w trakcie tej trasy, więc mogliśmy i usłyszeć i Wild Child, i Chainsaw Charlie, Love Machine czy I Wanna Be Somebody, plus oczywiście kawałki z najnowszego albumu - Crazy i Babylon's Burning. Łącznie - 13 kompozycji, wliczając już "bisy" czyli koncert trwający około 90 minut.
Czemu w cudzysłowie? Tylko dlatego, że mimo iż bawiłem się dobrze, nagłośnienie było w porządku - cały czas czegoś mi było brak. W.A.S.P. zagrał, ale nie nawiązał kontaktu z publicznością, nie było pewnego spontanu, tylko bardzo charakterystyczny dla formacji z USA zimny profesjonalizm. Z podobną rzeczą zetknąłem się już na koncercie Iced Earth w Warszawie. Wszystko świetnie dograne, bardzo dobrze się słucha - ale nie ma tej iskry, nici porozumienia z ludźmi. Blackie owszem - mówił, ale było to najczęściej zwykłe zapowiadanie utworów, czy klasyczne i proste okrzyki. Oczywiście - profesjonalizm w pełni rekompensowany muzyką i show dopiętym na ostatni guzik, ale jednak...
Jeśli chodzi o organizację - godzinna obsuwa (koncert miał się zacząć o 19), ale mam wrażenie, że celowa, organizatorzy wiedząc, że nie ma supportów chcieli wszystkich wpuścić, żeby nikt nie stracił ani chwili koncertu. Być może idealizuję, ale jeśli faktycznie takie były motywacje - brawa dla organizatora za ludzkie podejście.
Podsumowując i odpowiadając na pytanie - czy Osa* dalej żądli? Zdecydowanie tak. Nawet mimo tego lekkiego "ugrzecznienia" (bo nie było i podobno ma już nie być Animal (Fuck like a beast)) czuć od nich siłę i widać, że się starają i mimo upływu lat nie popadli w rutynę. Od strony technicznej nie mam żadnych uwag; organizatorzy: Galicja Productions i KnockOut Productions zadbali o wszystko i obyło się bez większych incydentów, choć promocja - zawsze mogłaby być większa.
Dla mnie impreza solidna, jednak bez niespodzianek, chociaż wychodząc - widziałem tylko roześmiane i zadowolone twarze i niech to będzie najlepszym podsumowaniem i oceną.
O Proghma-C kilkukrotnie wspominalimy na antenie radia Panteon. Wywiad z zespołem można znaleć tutaj, za recenzję nowej płyty tutaj W ostatni weekend padziernika miał miejsce mały koncert, promujšcy najnowsze wydawnictwo grupy: "Bar-do Travel". Wszystko zaczęło się wraz z przestšpieniem progu sopockiego klubu Papryka, gdzie po 19. Przy barze kręciło się kilka osób, a z góry dochodziły dwięki strojšcego się zespołu. Po przywitaniu się i wymianie uprzejmoci, poproszony przez zespół, zupełnie niespodziewanie wylšdowałem na krzesełku przed wejciem na salę, w roli informatora, że "próba jeszcze trwa, ale zapraszamy już za kilkanacie minut". I tak w atmosferze 'za chwilę dalszy cišg programu' spędziłem czas próby [również dla mnie. Nigdy nie byłem 'bramkarzem']. W międzyczasie zespół Proghma-C - gospodarze wieczoru, - grali próbę, przechadzali się po klubie i zagadywali goci. Również pierwszy kwadrans samego koncertu promującego "Bar-do Travel" spędziłem na barowym krzesełku, sprzedajšc wejciówki i oferujšc płyty [jestem człowiekiem pracujšcym i żadnej prcy się nie boję]. Szacunek dla zespołu za zaufanie. Dzięki temu mogłem w spokoju posłuchać muzyki. To był dopiero drugi występ Proghma-C, który widziałem. Podczas pierwszego, na Knock Out Festival, połowy melodii i w ogóle muzyki musiałem się domylać, nagłonienie nie było bowiem najwyższych lotów. Tymczasem w Papryce, gdzie niewielka sala mieci raptem kilkadziesišt osób, wsystko brzmiało klarownie i czytelnie. Proghma-C na żywo brzmi dużo ciężej i dynamiczniej niż na płycie, to plus. Poza tym, grajšc w kompaktowym składzie: Smaga: gitara, Wšski: bas, Kuman: perkusja, Bob: wokal i klawisze [obsługiwane przez Smagę, lub Boba], zespół robił na scenie tyle muzyki, jakby miał o jednš gitarę więcej. To też plus. Wersje koncertowe utworów nieco różniły się od studyjnych; a to nieco inaczej zagrały klawisze, a to Smaga zaimprowizował solówkę, a to Bob zapiewał inaczej. To również plus. Po jakim czasie dołšczyłem do publicznoci i obejrzałem koncert do końca. Póniej za, po prezentacji płyty "Bar-do Travel" odbyła się prawdziwa podróż do baru, przy którym kontynuowano resztę tego całkiem udanego wieczoru. Polecam więc ledzenie losów koncertowych Proghma-C. Bo warto zobaczyć ich na żywo.

27 dzień października Anno Domini 2009 należał do Finów. Tego bowiem dnia w krakowskim klubie Loch Ness dały świetny koncert dwie gwiazdy z Kraju Tysiąca Jezior - Before the Dawn oraz Amorphis. Zapowiadany wcześniej Amoral nie wystąpił z racji (niekłamanej! tym razem...) wypadku wokalisty. Ów biedak potknął był się na schodach podczas próby w Pradze (bynajmniej nie Południe) i nabawił urazu klatki piersiowej. Praski koncert został zamieniony w krótki akustyczny show bez Ariego, krakowski - odwołany. Zdarza się. Szkoda jednak, że Ci, którzy o tym nie wiedzieli, dowiedzieli się dopiero wewnątrz klubu (!). Nie jestem pewien, czy ktoś przybył specjalnie na Amoral, jednak gdyby tak było - byłoby miło dowiedzieć sie o tym przed wejściem do klubu. Koncert zatem rozpoczął się nieco później i skończył nieco wcześniej, niż planowano. Ponad godzina upłynęła od momentu otworzenia bram klubu do występu pierwszej kapeli tego wieczoru - Before the Dawn. Ich występ zaczął się koło godziny 19.30. Finowie zaprezentowali materiał przekrojowy, choć dominowały utwory z dwóch ostatnich płyt: Deadlight i Soundscape of Silence. Atmosfera szybko została podgrzana do granic możliwości klubu - co dawało we znaki nie tylko fanom. Również kapele nie omieszkały o tym wspomnieć (it's so fuckin' hot here..). Nie zabrakło jednak takich przebojów jak Monsters czy Deadsong zagrane na sam koniec. Występ bardzo energetyczny, potężna dawka energii wstrzyknięta została wprost w żyły bawiących się pod sceną ludzi. To debiutancki występ Before'ów w Polsce - i moim zdaniem bardzo udany. Myślę, że wspomnienia mogą mieć tylko dobre i kwestią czasu pozostaje, aż kapela zawita do Nas ponownie, tym razem pewnie nie tylko do Krakowa. To, co cieszy, to fakt, że kapela sama dobrze się bawiła na koncercie i chyba byli (miło) zaskoczeni gorącym przyjęciem przez polskich fanów. Koncert Before the Dawn, mimo że dłuższy niz planowano, wkrótce się skończył. Bisów nie było, a kilkanaście łyków złocistego napoju później na scenie grał już Amorphis. Przyznam, że z dużą dozą niepewności oczekiwałem ich koncertu - dane mi było widzieć już ich występ na festiwalu Summer Breeze 2009 i tamtej sierpniowej nocy nie zachwycili. Wszyscy bowiem wiedzą, że podobnie jak Metallica skończyła się na KillemAll, tak Amorphis na Tales from the Thousand Lakes :). Przyznać jednak muszę, że Finowie dali świetny, profesjonalny koncert. Oczywiście materiał zdominował Skyforger - dane było usłyszeć niemal całą płytę. Mimo to, zagrali kawałki, które pamiętają jedynie Wielcy Przedwieczni, jak Castaway(!) z Tales oraz niesamowicie brzmiący, potężny, brutalny Blackwinter Day (!!!). To zdecydowanie najjaśniejszy ( najciemniejszy? ) moment wieczoru. Widać jednak było jak wielka część widowni, w tym ja sam, czeka na ten właśnie utwór. Black Winter Day na żywo to esencja fińskiej snieżycy i 40stopniowego mrozu. Jako kontrast należy podać House of Sleep, kiedy tym razem druga część widowni odśpiewała niemal cały utwór z Tomim. Poza tym usłyszeliśmy takie utwory jak Alone, Silent Waters czy Sky is Mine. Osobiście miałem jeszcze jedno (no, dwa) małe życzenie: Veil of Sin oraz My Kantele. Tej nocy marzenia się spełniały - ostatni z wymienionych zamykał występ Finów.
Tymczasem, wszystkich którym nie dane było uczestniczyć w tym koncercie, oraz chcących wspomnieć ten wieczór, zapraszam do wysłuchania audycji W Pełni Dźwięków - Wieczór z Amorphis, która lada moment znajdzie się w archiwum Radia Panteon http://radiopanteon.pl/ar...i-dzwiekow.html z dnia 27.10.2009 oraz zdjec pod adresem: http://radiopanteon.pl/galeria-zdj.html
Podsumowując, koncert bardzo dobry, kapele na najwyższym poziomie, mimo początkowych kłopotów z nagłośnieniem. To, do czego można się przyczepić to sam klub Loch Ness, ale to już opowieść na inny czas. Kto choć raz tam był, wie o co chodzi :)
Ish
Koncert zaczął się w miare punktualnie choć klub świecił pustkami. Troche mnie to zdziwiło. Frekwencja na Obscura była tragiczna. Może to właśnie te pustki na płycie a może brak wystarczającego doświadczenia scenicznego sprawiły że zespół nie prezentował się zbyt pewnie na scenie. Również brzmienie było dość nieczytelne i, co mnie zdziwiło, niewiele lepsze było w trakcie występu kolejnych zespołów. Pomimo niesprzyjających warunków myśle że chłopaki zagrali dobrze. Kolejny na deskach, bez dużych opóźnień, pojawił się Evocation. Nie znam zespołu, tak jak i poprzednika, jednak tym co wczoraj pokazali, nie zachęcili mnie do kupna płytki. Ci panowie mieli już więcej scenicznej maniery jednak muzycznie jakoś brakowało polotu. Tak jakby odbębnili co mieli odbębnić by wpuścić pierwszą gwiazdę tego wieczoru. Bez pozytywnych odczuć, niczym mnie nie zaskoczyli. Z frekwencją podobnie jak na Obscurze choć doszło pare jurniejszych pióraczy na płytę. Sytuacja diametralnie zmieniła się z wejściem Dying Fetus na scenę. Płyta w większej części była zaludniona i wszystkie barierki obwieszone fanami kapeli. Wstyd sie przyznać ale wczoraj pierwszy raz słyszałem muzykę tego już zdecydowanie nie młodego zespołu. Zaczęli od walców i "amerykańsko-skocznych" numerów które mnie zaciekawiły. W połowie setu zaczęło się prawdziwie death metalowe rzemiosło. Muzycy prezentowali się doskonale na scenie i widać było że bawią się świetnie czym motywowali czarną brać do młynków i metalowej rozpierduchy pod sceną. Pomimo nienajlepszego brzmienia, zespół przekonał do siebie mnie i setki pióraczy, którzy pozamiatali płytę na występ głównej gwiazdy wieczoru. Był to mój drugi raz kiedy widziałem Cannibali na scenie więc moge z ręką na sercu powiedzieć - Cannibal Corpse to zwierzęta sceniczne! Przez cały set, składający się z najlepszych utworów z dyskografii legendy death metalu, amerykanie dawali z siebie 200% i widać było że sprawia im to niesamowitą frajdę. Niestety brzmienie psuło troche zabawę - perkusja była mało słyszalna a stałem w trzech różnych miejscach. Gitary kryły wszystko. Przebijały się tylko krwiste wokale Corpsegrindera którego wydolność płuc absolutnie powala. Cannibal Corpse na scenie to wulkan energii płynącej z metalowych riffów. Po miażdżącym show muzycy ładnie pożegnali się z oddanymi fanami. Podsumowując, warto było wydać te 80zł na sam występ Cannibal Coprse choć reszta też dała radę, zwłaszcza Dying Fetus. Jedynym minusem było brzmienie które chyba było najgorzej ukręcone z koncertów jakie dane było widzieć mi w krakowskim klubie Studio. Mimo to oddanie i pasja z jaką grały gwiazdy wieczoru sprawiały że w trakcie koncertu nie myślało sie o głuchym akustyku. Zdjęcia z koncertu znajdują się TUTAJ

|
|